Planuj wakacje z głową
11 czerwca 2016
Tarot i wróżki
6 grudnia 2016

Wyobraź sobie, że w kinie ląduje właśnie wspaniały film, który przedstawia Stalina jako bohatera i męczennika za dobrą sprawę. Kupiłbyś bilet? Być może nie. A Twoi prawnukowie?

Seryjny morderca ikoną popkultury

W mieszkaniu mojej dziewczyny zawitał kilka dni temu królik. Z powodu czarnego paska pod nosem otrzymał imię Adolf. Zapożyczone od faceta, który przyczynił się do śmierci niezliczonej ilości osób i w powszechnej opinii konkuruje o miano największego złoczyńcy wszechczasów z samym Szatanem.

Inna historia. Małopolski Ogród Sztuki zorganizował ponad miesiąc temu wydarzenie o nazwie „Spacer śladami Karola Kota”. Osobom spoza Krakowa nazwisko to może za wiele nie mówić, więc pozwolę sobie wkleić kawałek informacji prasowej:

Karol Kot: krakowska trauma lat sześćdziesiątych i wciąż punktująca legenda, morderca staruszek i dzieci, nożownik i truciciel. Wampir z Krakowa, nieposkromiony drapieżca, przykładny uczeń, ale tylko w tej materii, która go interesowała, kolekcjoner – noży i pokładów adrenaliny. Karol Kot – seryjny morderca z Krakowa.

22 września wybierz się z nami na wyprawę, spróbuj dotknąć tajemnicy, oswój legendę. Pójdź śladami człowieka, który czterdzieścipięć-parę lat temu sparaliżował ulice krakowskiego śródmieścia. Poznaj drogę, którą pokonała nasza lokalna, krakowska, ikona pop-kultury.

Niestety, sam nie mogłem wybrać się na ten spacer, ale obserwowałem dyskusje na jego temat. Teraz już nie jestem w stanie znaleźć konkretnych wypowiedzi, ale pamiętam, że odzywały się osoby, które oburzone były gloryfikowaniem mordercy w ten sposób.

Co jest w porządku, a co już nie?

Lubimy antybohaterów. Przykładów nie trzeba daleko szukać, że wspomnę tylko o Breaking Bad i Dexterze, czyli jednych z najpopularniejszych seriali ostatnich lat. Ale co, gdy ten antybohater naprawdę istniał i naprawdę się komuś (wybacz mi ten eufemizm) naprzykrzył? Czy mitologizowanie, a czasami nawet heroizowanie złych w dziełach popkultury jest moralnie w porządku? Czy możemy z czystym sumieniem sympatyzować, albo nawet identyfikować się z takim bohaterem w kinie? W końcu jednym z wyznaczników dobrej kreacji jest to, że odczuwamy z nią jakąś więź.

Sam podchodzę do tego w ten sposób, że staram się oddzielić postać historyczną od jej odbicia, które funkcjonuje potem w kulturze popularnej. Zresztą, nawet nasza historia jest tylko i aż wynikiem tego, co przekazuje się o przeszłości potomnym, a nie jej idealnym odzwierciedleniem. A historię – jak wiadomo – piszą zwycięzcy.

Gdyby słynny reżyser nakręcił teraz świetny film, w którym Stalin przedstawiony jest jako heros i męczennik, publika najpewniej spaliłaby go na stosie. Założę się, że już za trzysta lat nikogo by to nie ruszyło. Gdyby głównym bohaterem takiej produkcji został Czyngis-chan, także przeszlibyśmy obok tego obojętnie. O ile nadal można znaleźć osoby, które bezpośrednio odczuły na sobie jarzmo totalitarnych systemów, tak ciężko o kogoś, komu Mongołowie splądrowali rodzinną wioskę. Do tego dochodzi kwestia środowiska, w którym się obracamy oraz położenia geograficznego.

I nie ma znaczenia, kto wykazał się swego czasu większym okrucieństwem.

Czas teraźniejszy

Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy spróbujemy odnieść ten problem do ludzi, którzy wciąż żyją. Pod koniec marca tego roku pewien szkocki reżyser zadeklarował chęć napisania musicalu o Andersie Breiviku.

Nie jestem pewien, czy przyznajemy Breivikowi zwycięstwo ignorując go, czy też usiłując go zrozumieć. Jest to dylemat, z którym chcę się zmierzyć.

Sprawa jest wciąż świeża, a rodziny zamordowanych nadal odczuwają utratę bliskich. Ale spróbujmy odwrócić sytuację do góry nogami. Myślisz, że postać Waltera White’a z Breaking Bad zyskałaby tylu kibiców, gdyby serial oparty był na prawdziwych wydarzeniach?